środa, 16 kwietnia 2014

Inspirałki #9

Poprzednie moje inspirujące miejsca w sieci możecie znaleźć tu.

Są trzy blogerki, które odkryłam stosunkowo niedawno, które łączą te części internetu, na przejrzenie których brak mi czasu. Blogi są przejrzyste, uporządkowane, mają ręce i nogi. W tych blogach widać też autentyczność, która sprawia, że chętnie napiłabym się z autorkami kawy.

1. Ubieraj się klasycznie pisze o modzie, ale inaczej niż wszyscy. Trochę poradnikowo, konkretnie, z gustem. Przyznam szczerze, że Maria jest na razie moją faworytką do napisania damskiej wersji książki na wzór Mr Vintage.

2. Tolala robi ładne zdjęcia, miksuje zdrowe koktajle, poleca dobre filmy i podróżuje. Między innymi na podstawie jej Instagrama tworzę listę miejsc do odwiedzenia w stolicy.

3. JagaDesign wybiera najnowsze trendy, przy okazji w większości te, które mi się podobają. Jest moda, jest design, są wnętrza i książki. Jest fajnie!

piątek, 11 kwietnia 2014

Rzeczowo o modzie męskiej

Po blogerach można spodziewać się różnych rzeczy. Różnych działań, różnych poglądów, różnego podejścia do wielu spraw. Coraz częściej obserwujemy zjawisko wyjścia blogerów do świata realnego, co bardzo popieram i dobrze o tym wiecie. Oprócz spotkań, warsztatów, blogowego fikania, coraz popularniejsze staje się wydawanie książek. Fajnie, jeśli widać, że z książki bije wysoka jakość, dużo włożonej pracy, przygotowań, serca.


Mr. Vintage jako bloger był mi "obojętny" dopóki nie obejrzałam jego książki w księgarni. Wiedziałam, że ktoś taki jest, ale nie przyglądałam się szczególnie. Książki nie kupiłam od razu, ale wróciłam po nią dość szybko.
Jest naprawdę rzeczowo, a myślę, że konkrety najlepiej trafiają do facetów, także świetnie. Jest w porządku - co nie jest moją zdawkową opinią o książce, ale przez to rozumiem uporządkowanie tematów, wszystko po kolei, wyczerpująco. Jest ładnie - schludnie, elegancko, klasycznie i prosto, czyli tak jak lubię. Jest kolorowo - ilustracje, zdjęcia, przykłady kolorów i tkanin są świetne, myślę, że lepiej nie da się wytłumaczyć wielu szczegółów, które zostały tu opisane. Jest naprawdę świetnie i godnie polecenia - szczerze mówiąc nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej widziałam tak fajnie zrobiony poradnik. Nie dziwi mnie więc wcale sukces autora - chapeau bas!

Mr. Vintage planuje drugą książkę, rozważa jeszcze dwie z możliwych opcji, ja chciałabym zaproponować trzecią - panie Michale, proszę z pomocą żony napisać taki poradnik dla kobiet!!:)

środa, 9 kwietnia 2014

Widzimisie kilka rzeczy

Zachciało mi się znów kilku niekoniecznych neseserów, bo są ładne lub praktyczne albo smaczne.
Z moimi widzimisiami jest tak, że jak sobie je uporządkuję i przemyślę to często mi przechodzą, a to pomaga oszczędzać kasę. Bo często większości z nich nie kupuję, wybieram te, które okazują się niezbędnymi. Lubię w sobie to, że w miarę umiem nie marnować pieniędzy. Przynajmniej tak mi się wydaje. Jestem wdzięczna za to, że nie lubię chodzić na długie zakupy. To zdrowsze dla mnie, bliskich i portfela. 
Ciekawe, na które z poniższych widzimisiów się skuszę.


1/2/3/4

- KeepCup chodzi mi po głowie od bardzo dawna, teraz mam informację z pierwszej ręki, że z kubka nie leje się w torebce, że trzyma ciepło, jest lekki, a zapach kawy łapie podobno dopiero po czterech latach.
- Wczoraj w Gdyni pogoda dała niezły popis - w ciągu 12 godzin byliśmy świadkami czterech pór roku, od wiosny przez duszne lato, mokrą jesień i szarą zimę. Dziś znów mi chłodno, a ten koc przyda się także na letnie pikniki.
- Na weekendowe podróże, skórzana, porządna, elegancka. Chociaż pewnie i tak szybko wróciłabym do wygodnej wersji w postaci walizki na kółkach.
- W ciepłej wersji jestem zakochana, a na lato chętnie spróbuję mrożonej. Czy jest jakaś, która smakuje Wam bardziej?

środa, 2 kwietnia 2014

Polacy nie gęsi, ale obce znać warto.
10 sposobów na efektywną naukę języka obcego

Powiem tak - do 16 roku życia byłam święcie przekonana, że jeśli chodzi o języki obce to czasy świetności są dawno za mną. Co więcej, twierdziłam wtedy, że te czasy nigdy nie nastały. W przedszkolu rozpoczęłam coś na wzór nauki języka angielskiego, a w podstawówce doszedł do tego niemiecki. Och, jak bardzo znienawidzony niemiecki. Nie chciałabym wytykać palcami, ale niewielu dobrych nauczycieli języków obcych pojawiło się na ścieżce mojej edukacji. Zrezygnowana uznałam w pewnym momencie, że to nie dla mnie. Trudno.
Jednak francuski korcił mnie zawsze, czemu by więc nie spróbować. W dość smutnych okolicznościach zapisałam się w trzeciej klasie gimnazjum na lekcje języka francuskiego. Zmotywowała mnie moja babcia, której w nauce miałam towarzyszyć. Tak, tak drodzy Państwo, byłyśmy dwiema najpilniejszymi uczennicami, jednocześnie zawyżając i zaniżając średnią wieku grupy. Dzielnie wstawałam o 7 rano w każdą sobotę i na 9 jechałam do Gdańska. Na początku było fajnie, nazywam się Marysia, mieszkam w Gdyni, mam szesnaście lat, nie mam psa ani kota, ale mam trzy siostry. Z każdą kolejną lekcją sprawa stawała się coraz trudniejsza, szczególnie wtedy gdy doszliśmy do liczenia do stu. Tym, którzy francuskiego nie znają wyjaśnię na czym polega problem. Otóż Francuzi liczą po ludzku do 69. Później jest trochę trudniej, mianowicie 70=60+10, 71=60+11, 79=60+19. Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero przy osiemdziesiątce. I tak 80=4x20, 85=4x20+5. Dalej dziewięćdziesiąt to 90=4x20+10, a 99=4x20+19. Są to jednak schody do przejścia, uwierzcie mi, po kilku latach czytam liczby całkiem płynnie. Po pierwszym semestrze babcia stwierdziła, że ten poziom jej wystarczy, ja natomiast zapalona sukcesem opanowania liczenia do stu postanowiłam kontynuować przygodę. Naprzeciw wyszła mi szkoła, którą z czystym sumieniem polecam, organizując cztery kolejne kursy w samym centrum Gdyni, co ułatwiło znacznie sprawę. Później jeszcze rok pojeździłam do Gdańska, a teraz robię wszystko co w mojej mocy by francuskiego uczyć się sama. Na pierwszym roku studiów zdałam maturę z francuskiego, tak o, dla własnej satysfakcji, a rok później certyfikat językowy DELF. Jak to się stało, że angielski przychodził mi średnio, niemiecki prawie wcale, a francuski - podobno najtrudniejszy z tych języków - najłatwiej? Poniżej kilka moich rad i sposobów na samodzielne uczenie się lub przynajmniej obcowanie na co dzień z językiem.
1. Musisz naprawdę chcieć znać ten język!
W języku, którego chcesz się nauczyć musisz się zakochać. Brzmi jak wyświechtany frazes, ale taka jest prawda. Wiadomo, że łatwiej przychodzi nam coś co lubimy robić. Jeśli masz taką możliwość, ucz się języka który Cię kręci, a nie męcz się z takim, który jest z jakiegoś powodu obowiązkowy. Wiadomo, że angielski warto znać, jeśli więc nie należy do Twoich ulubionych, potraktuj go jako trening przed nauką języka, który naprawdę Ci się podoba. Po tym jak uwierzyłam, że mam talent do nauki języków, nawet niemiecki przestał mi tak zgrzytać w zębach.
2. Znajdź dobry kurs językowy
Niestety, w szkole podstawowej/gimnazjum/liceum/studia języka się nie nauczysz. Chyba, że masz wyjątkowe szczęście. Ja miałam takie szczęście przez dwa lata z angielskiego, kiedy to pani niczym wróżka przygotowała mnie w mig do rozszerzonej matury. Ale niestety, obserwując również poziom nauki języków obcych na przykładach moich sióstr oraz znajomych - nie ma lekko i bez prywatnych lekcji lub kursów się nie obejdzie. Tak więc, zamiast wydawać kasę na kolejną kieckę, szminkę i kawę w Starbucksie odłóż trochę na kurs, poszukaj promocji, da się.
3. Ucz się systematycznie
Żałuję, że na drugie imię nie mam Systematyczność, ale jakiś czas temu postanowiłam to w sobie wypracować. Mam wrażenie, że systematycznym ludziom żyje się po prostu łatwiej. Ja co prawda chłonęłam jak gąbka wiedzę z lekcji francuskiego, a w domu robiłam tylko zadania domowe i to wystarczyło do osiągania niezłych wyników, to na pewno jeszcze więcej skorzystałabym, ucząc się na bieżąco sama. Powtarzaj, do znudzenia.
4. Słuchaj muzyki
Francuskie piosenki, od klasyki zaczynając, Edith Piaf, Jacques Brel, Joe Dassin, przez Jane Birkin, Dalida, Céline Dion, Carla Bruni, Garou, aż do współczesnej młodzieży Louise Attaque, Mélanie LaurentCœur de Pirate, Aaron i tak dalej. Słuchaj w domu, w pracy, w autobusie, pod prysznicem też. To samo jeśli chodzi o radio - polskiego właściwie nie słucham, nie mogę znieść reklam o wstydliwych intymnych problemach społeczeństwa. Słucham za to Chérie FM - na zmianę słyszę najpopularniejsze anglojęzyczne hity i francuskie piosenki. A i reklamy są mniej męczące - nie wszystko jednak rozumiem, co jak widać ma swoje plusy.
5. Czytaj książki
Zacznij od tych dla dzieci. Szczególnie polecam Mikołajka. Muszę wyglądać jak kretynka kiedy czytam tę książkę i raz po raz szeroko się uśmiecham do siebie. Nie tyle z zabawnej sytuacji, co dlatego że zrozumiałam całość po francusku :) Później przejdź do trochę bardziej skomplikowanych bajek, następnie do literatury dla dorosłych. Biegłość osiągniesz kiedy będziesz w stanie bez problemu zrozumieć podręcznik do literatury francuskiej:)
6. Czytaj magazyny
Kiedyś miałam tak, że z każdej wycieczki do Francji przywoziłam w ramach pamiątki egzemplarz Vogue'a, którego później mniej lub bardziej namiętnie czytałam. W miarę upływu czasu i coraz wyższego poziomu znajomości języka kupowałam francuskie Elle, żeby tekstu było więcej. Jeśli ktoś się kiedyś interesował wie, że francuski Vogue w polskim empiku to koszt około pięćdziesięciu złotych. We Francji magazyn kosztuje ok. 5 euro, czyli plus minus 20 złotych. Korzystałam więc z wizji zaoszczędzenia kilku groszy;) Na szczęście od kilku lat na polskim rynku jest coś co idealnie może nam zastąpić francuskie magazyny. Wydawnictwo Colorful Media tworzy kwartalniki dla uczących się języków obcych. W przypadku francuskiego jest to Français Présent. I to jest dużo lepsza inwestycja niż Vogue - w każdym numerze znajduje się wiele artykułów pisanych przystępnym językiem, a trudniejsze słowa są przetłumaczone na polski. Miło jest czytać i rozumieć. Wychodzą również niemieckie, włoskie, angielskie, hiszpańskie i rosyjskie wersje. Warto, warto i nie jest to post sponsorowany:)
7. Czytaj blogi i strony internetowe
Przychodzi do mnie newsletter My Little Paris i dzięki temu co kilka dni czytam chociaż kilka zdań po francusku. A regularnie odwiedzam Make My Lemonade, Et pourquoi pas Coline?, Hello it's Valentine i Le blog de Betty
8. Oglądaj filmy
Te fabularne, dla dużych i małych, i te online, jak na przykład kabarety Florence Foresti. Na początku z polskimi napisami, potem z francuskimi, a potem zupełnie bez. Et voilà!
9. Rozmawiaj
Jest prawdopodobne, że chociaż jeden z Twoich znajomych zna ten język, którego się uczysz. Umówcie się, że rozmawiacie ze sobą po francusku, chociaż przez kilkanaście minut w czasie spotkania. Tak samo piszcie na czacie lub w mailach. Spróbuj znaleźć studentów na uczelni, którzy przyjechali na wymianę. Z pewnością chętnie z Tobą porozmawiają, w zamian ucząc się trochę polskiego. We francuskiej kawiarni w Twoim mieście na pytanie "Parlez-vous français?" odpowiadaj "Oui!" i składaj zamówienie po francusku (patrz: Le Bonjour). W końcu poczujesz, że jesteś gotowa by spełnić ostatni punkt programu:
10. Jedź na wycieczkę
Bez stresu, że się nie dogadasz. Zobaczysz jak dumna będziesz kiedy zamówisz pierwszą kawę, kupisz bagietkę i zarezerwujesz miejsce na campingu. Bon courage!

poniedziałek, 31 marca 2014

3 książki o Francji, które mnie rozczarowały

Paryż jest zawsze dobrym pomysłem!
Na cel podróży, na temat książki, na motyw przewodni restauracji.
Na półkach księgarni pojawia się coraz więcej miasta świateł, coraz więcej francuskiej atmosfery i paryskiego szyku chcemy wprowadzić do naszego życia. Czytamy zachłannie kolejne paryskie tytuły, marząc o stolicy Francji, powtarzając sobie, że to miejsce, gdzie nic złego nie może się przytrafić, bo przecież tak tam pięknie. Paryż, niewiarygodnie modna stolica mody. Każdy chce tam spędzić romantyczny weekend, poczuć paryski luksus, mieć w sobie paryską elegancję.
I tak, obserwuję kolejne francuskie kawiarenki powstające w polskich miastach, ale o nich innym razem. Dziś o francuskich tytułach, na które nietrudno się skusić, a które tak często niestety rozczarowują. Dlaczego? O Paryżu i Francji pisać jest łatwo. Szczególnie tym, którzy tam przyjechali, zmienili swoje życie, zostawiając gorzką przeszłość za sobą. Nam, nie-Francuzom, a Francją zafascynowanym, wydaje się, że tam żyje się łatwiej, lżej, wolniej, przyjemniej. Jak jest naprawdę? Wiem, że we Francji tak samo jak w Polsce ludzie codziennie wstają do pracy, prowadzą domy, mają kłopoty, obowiązki i dzieci, które (uwaga) grymaszą. Wiem, że we Francji czas nie płynie wolniej i doba nie trwa 30 godzin. Czego więc właściwie im zazdrościmy? Uśmiechu, szczupłych sylwetek, zabytków, klimatu, wyższej jakości życia chociażby wyrażonej w dobrej kawie i świeżym croissancie? Wszystko moi drodzy zaczyna się w głowie, my też możemy być uśmiechnięci, szczupli i wybierać wysokiej jakości kawę i świeżego croissanta na co dzień. Zabytki i miasta również mamy piękne, a każde z nich ma swój niepowtarzalny klimat. Może jest więc tak, że cudze chwalimy, a swojego nie znamy? Zdaje mi się, że Paryż oprócz swojej wieloletniej tradycji bycia wspaniałym, ma też przypadkiem dobry marketing szeptany;)

I nie żebym się Francją nie zachwycała - jestem francjo- i paryżoholiczką. Bo kraj jest piękny, a jeszcze piękniejszy jest język. Gdybym miała więcej odwagi dawno byłabym w Paryżu na wymianie studenckiej albo pracowałabym jako au pair u francuskiej rodziny dłużej niż miesiąc. Ale staram się na popularny wokoło parysko- francuski zachwyt patrzeć z przymrużeniem oka. Dlaczego? Bo Paryż się dobrze sprzedaje, a  za tym niestety nie zawsze idzie wysoka jakość. I właśnie to chcę Wam pokazać przedstawiając trzy książki o Francji, które mnie rozczarowały.
Lekcje Madame Chic, Mała Angielka, Francuska oberża

Lekcje Madame Chic
Bardzo ciekawa byłam książki napisanej przez amerykańską blogerkę lifestylową Jennifer L. Scott. To chyba dlatego, że wokół niej tyle szumu. Wszyscy ją już przeczytali, są w trakcie lub zaraz zaczną czytać. Nic więc dziwnego, że wiązałam z nią "wielkie nadzieje". Przejdźmy zatem do sedna. Lekka, przyjemna, chwilami nużąca opowieść o Amerykance, która w Paryżu odkrywa siebie na nowo. Od znanych jej Paryżanek czerpie wiedzę o życiu z klasą i wskazówki te przekazuje nam, czytelniczkom. Sympatycznie i francusko, ale czegoś mi brakuje. Jakby za dużo w tym amerykańskiego stylu, mam wrażenie, że zachwyt Paryżem jest aż nadto napompowany i przez to nieco sztuczny. Książkę przeczytałam szybko, ale została we mnie jakaś taka niewypełniona pustka, której amerykańska autorka nie potrafiła wypełnić. Może po prostu ja Paryżem zachwycam się inaczej, nie wiem...
Co innego pozycja Mireille Guilliano Francuzki nie tyją - wiedzę na temat francuskiego stylu, klasy, podejścia do życia i żywienia czerpmy z pierwszej, francuskiej ręki;)

Mała Angielka
Historia dość banalna, bohaterka spełnia swoje marzenie o zamieszkaniu we Francji, zakochuje się, ma dziecko, raz jest szczęśliwa, raz zrozpaczona. W pewnym momencie zaczyna pisać bloga i... wdaje się w romans z czytelnikiem... Niby fajna, lekka historia, ale jakoś nie kręcą mnie jej życiowe kłopoty. Skusiła mnie okładka w księgarnianym outlecie i trochę żałuję wydanych dziesięciu złotych.

Francuska oberża
Podobnie jest z tym tytułem, chociaż kończąc tę książkę byłam dużo mniej zniesmaczona niż Małą Angielką. Sympatyczna, aczkolwiek prościutka historyjka dla tych, którzy marzą o kupieniu domu we Francji. Kłopoty brytyjskiego małżeństwa nie zniechęciły mnie i wciąż chętnie taki dom kupię. Po dobrnięciu do końca postanowiłam jeszcze bardziej krytycznie patrzeć na ładne okładki i szukać ambitniejszych wydawnictw.

Może się czepiam, może jestem za bardzo wymagająca, ale powiedzcie sami - nie jest trochę tak, że Francja i Paryż na okładce są gwarancją sukcesu, przez co treść serwowana czytelnikowi, która powinna być kluczowa schodzi trochę na dalszy plan? Czytam kolejne francusko-paryskie książki by do końca sprawdzić moją tezę. Wrócę do Was z tymi tytułami, z których naprawdę można czerpać inspirację.